Znów stała na klifie.
Na tym przeklętym klifie, gdzie spotkała ją po raz pierwszy. Lecz tym razem ona
miała nie zdążyć. Tym razem Arianne dokończy to, co zaczęła. Nigdy nie czuła takiego
przerażenia. Wiatr smagał jej włosy, z oczu
ciekły strugi łez, a mróz kuł w policzki i nos.
Była ubrana jedynie w cienki płaszcz. Ostatnia decyzja. Stała na skraju stromej
ściany. Jeszcze jeden krok i stanie się to, czego pragnęła przez ostatnie tygodnie.
Ale co będzie jeśli się nie uda? Co poczuje, kiedy litry lodowatej wody
wypełnią jej płuca? Westchnęła i podniosła nogę. Nie może być tak źle. Przecież
o to mi właśnie chodzi, chcę żeby to się tak skończyło. Spełniam tylko swoje
marzenia, pomyślała. Rozejrzała się dookoła po raz dziesiąty i skoczyła. Tak po
prostu. Nie towarzyszył temu przeraźliwy wrzask, pioruny, grzmoty. Cisza. Tylko
świst przeszywający powietrze towarzyszący spadającej Arianne. Z nikim się nie pożegnała, nikt się niczego
nie domyślał. Spali teraz nieświadomi niczego. Spadała i czuła się…. Niemal
szczęśliwa. Nie bała się. Śmierć była dla niej najodpowiedniejszą rzeczą. To
było normalne. Głucho uderzyła w taflę turkusowego morza. Piękny odcień,
przemknęło jej przez myśl. Ostatnią myśl. Zamknęła oczy i wieczna, spokojna
ciemność przyjęła ją do siebie. Jej zdrętwiałe od zimniej wody ręce poczuły
ciepłą dłoń. Dłoń tak dobrze jej znaną.
-Ach…- jęknęłam. Co to miało być?! Usiadłam poruszona na
łóżku. Związałam włosy w luźną kitkę i spojrzałam na zegarek. 7:48. Mam jeszcze jedenaście minut na
znalezienie się w szkole. Zawsze lubiłam być minutę przed dzwonkiem. Przejrzałam
się w lustrze. Chwila. Dlaczego się uśmiecham? Dotknęłam swoich ust. Nie, na
pewno kąciki nie są aż tak wysoko jak w odbiciu. Przekręciłam głowę. Postać w
lustrze również. Czyżby zwidy, Ar? Serio,
aż tak jest z tobą źle? Żartowałam, lecz nawet poczucie humor nie mogło
zwalczyć przerażenia. Znów podniosłam rękę do twarzy. Próbowałam ‘zetrzeć’
uśmiech ze swojej twarzy, ale bez skutku. Odbicie nawet nie drgnęło. Po kij tu stoisz? To tylko lustro! Warknęłam
na siebie samą, potrząsnęłam głową i podeszłam do szafy. Dzisiaj coś
zdecydowanie luźnego. Stare, wytarte dżinsy, obszerna bluzka i bluza z
kapturem. Bez szaleństw, bez nastroju. Złapałam sok ze stołu i wybiegłam z
domu. 7:53. Sześć minut.